LIST PANI ANI – AMBASADORKI KAMPANII ZOBACZ…ZNIKAM

 

List mamy 17-latki, która zachorowała na depresję.

Terapeuci, przyjaciele, rodzina…wszyscy mówią, żeby się nie obwiniać. My matki dzieci w depresji i po próbach samobójczych zawsze jednak będziemy, gdzieś na dnie serca czuły, że może mogłyśmy zrobić coś inaczej? Lepiej?

Zaczęło się w drugiej klasie gimnazjum. Pewnie w duszy mojej córki dużo wcześniej, ale wtedy właśnie ja dostrzegłam zmianę w jej zachowaniu. Marta przemalowała w wakacje swój pokój. Jedna ściana była czarna. Jesienią siedziała tam po ciemku i grała na gitarze. Nocami projektowała ciuchy do szkoły – wycinała bluzki, malowała na nich wzory i napisy. Czarną farbą, mówiące o śmierci, o pokręconym życiu….Na ścianie powiesiła swoje rysunki w podobnej stylistyce i wymowie. Taki taniec ze śmiercią. Byłam zajęta sobą, młodszym synem, bólem i rozczarowaniem po rozwodzie. Swoimi depresyjnymi nastrojami. Telefonu ze szkoły nigdy nie zapomnę. Dzwoniła ulubiona nauczycielka Marty. Zasugerowała, że córka może samookaleczać się i chować cięcia pod plecionymi i skórzanymi bransoletkami, które nosiła na przegubach dłoni. Obrazy dzieciaków, które to robią, zamieszczone w internecie, zwłaszcza na jednym z portali, na który weszłam jakiś czas po tej informacji, prześladują mnie do dziś. „Czy wiesz, gdzie jest Twoje dziecko?” Tak. W pokoju obok. Nie, nie mam pojęcia. Gdzieś w sieci….Nauczycielka niestety miała rację. Godziny u psychologów, spotkanie z psychiatrą. Marta nie chciała współpracować. Dużo później dowiedziałam się, że musiała czuć olbrzymi ból w środku, ból duszy, by robić takie rzeczy. To był jej sposób na emocje. Jej i tysięcy nastolatków skrzykujących się w sieci. Tłumaczyła mi, że oni jej pomagają. Rozumieją.

Gdzie ja wtedy byłam? Wydawałam polecenia, sprawdzałam oceny w librusie, zapisywałam na lekcje angielskiego….Nie rozmawiałam ze swoja córką, nie umiałam. Wydawało mi się, że ja wychowałam się sama. Zawsze wiedziałam, czego chcę, organizowałam sobie zajęcia. Dzieci nie są jednak naszymi kopiami. Marta była zupełnie inna, zamknięta w sobie, wycofana, a ja nie miałam do niej klucza.
Próba samobójcza, potem kilka miesięcy na oddziale psychiatrycznym…Przez jakiś czas to nie było moje dziecko. Jakbym miała ją dziś opisać, to z pełną premedytacją użyje słowa, że była jak opętana. Rozszerzone źrenice – skutek farmakologii, najpierw nadmiernie pobudzona lekiem, którego Amerykanie – ojcowie Prozacu, już nie podają nastolatkom, bo nasila samookaleczenia i próby samobójcze u młodzieży; potem ospała, całymi dniami siedząca na łóżku – skutek innego leku. W szpitalu nie leczą duszy.

Szpital to oddzielny rozdział. Bardzo trudny w przypadku mojej córki. Zbiorowisko nastolatków z problemami w jednym miejscu, nudzące się popołudniami…Nie tak to powinno wyglądać. Przede wszystkim część z tych dzieciaków nie otrzymała pomocy na etapie wczesnych problemów. Nikt ich nie dostrzegł? A niby jak? Nauczyciele nie mają pojęcia o symptomach depresji, rodzice zajęci są zarabianiem na życie, każdy żyje swoim życiem….A depresja wkrada się powoli, często w najtrudniejszym życiu młodego człowieka, gdy dojrzewa. Jak rozpoznać, czy to choroba czy hormony? W naszym przypadku, był to pamiętny telefon od nauczycielki, ale też dramatyczny spadek ocen z ulubionego przedmiotu. Inni nagle zaczynają wagarować, upijać się, część po prostu przestaje wstawać z łóżka, choć w przypadku młodzieży dzieje się tak rzadziej niż u dorosłych. Empatia. To pozwoli dam dorosłym, rodzicom, nauczycielom, sąsiadom, ciociom i wujkom dostrzec, że z młodym człowiekiem dzieje się coś złego. Empatia i uwaga skierowana na drugą osobę.

Oglądam zdjęcia córki z dzieciństwa. Roześmiany maluch w domu, u dziadków, w żłobku a potem przedszkolu. Może błędem było wysyłanie jej na całe wakacje do dziadków na wieś? Chciałam dobrze…Obóz narciarski, kolonie na żaglach z koleżanką z podstawówki. Rodzinne wakacje na Krymie. Dziś piękna nastolatka, ale bardzo samotna wśród rówieśników. Zaprzyjaźniona z jednym kolegą z klasy. Introwertyczka, która oczekuje, że to inni nawiążą z nią kontakt…Nauczyciele w szkole nie widzą takich uczniów. Poza tym część z nich świetnie się maskuje. W gimnazjum Marta tryskała poczuciem humoru, w domu zamykała się w ciemnym pokoju.

Czasami myślę, że tsunami, które przeszło nad naszą rodziną było zapowiedzią czegoś nowego. Przeszłam terapię. Jestem spokojniejsza. Częściej spędzam czas wspólnie z dziećmi. Nie pędzę już nie wiadomo za czym….Jestem tu i teraz, bo tu i teraz jest najważniejsze. Tata Marty też chyba przejrzał na oczy. Dzwoni do niej częściej, zabrał ją na ferie. Po naszym rozwodzie rozsypało się przecież całe jej dotychczasowe życie. A my dorośli byliśmy zajęci swoimi sprawami, walką, swoim bólem!

Czasami dzwonią do mnie inni rodzice, z którymi dziećmi zaczyna się dziać coś złego. Pytają się, co robić? Każdy musi sam znaleźć sposób na ułożenie tych wszystkich puzzli, ale mówię, żeby wyjechali razem, gdzieś gdzie będą sami, porozmawiali otwarcie z dzieckiem. Czasami konieczna jest wizyta u psychologa i psychiatry, więc żeby nie bali się tego. Często terapia rodzinna, bo to, co się dzieje z naszym dzieckiem wyszło niejako od nas – rodziców. I najważniejsze. Rodzice! Nie przetrwacie sami depresji swego dziecka. Musicie mieć wsparcie rodziny, przyjaciół, szefa, nauczycieli młodego człowieka. Dobrze też mieć swego terapeutę.
Przyda się też gruby portfel, bo np. w naszym mieście (jedno z większych w Polsce) na wizytę do psychiatry czy na terapię w ramach NFZ czeka się …3 miesiące, a na terapię rodzinna nawet i pół roku. Koszty prywatne to od 100 zł za godzinę u psychologa, 120 wizyta u psychiatry, do 140 za terapię rodzinną.

Narodowy Program Zdrowia Psychicznego na lata 2010-2015 (w województwie, w którym mieszkam) zakładał m.in. tworzenie w dużych miastach wyspecjalizowanych ośrodków psychiatrycznych całą dobę służących pomocą dla dzieci i młodzieży, a także ich rodzin. To wszystko ładnie wygląda na papierze. Przynajmniej tu, w mieście w centrum Polski. Gdyby nie tzw. trzeci sektor, fundacje i stowarzyszenia to pomoc dla dzieci i młodzieży w moim mieście nazwałabym fikcją. Oni ratują honor kraju i państwowej służby zdrowia. Jedno z takich Stowarzyszeń prowadzi warsztaty dla rodziców i nauczycieli gimnazjalnych dotyczące depresji i samobójstw. W szkole mojej córki, ale i w innych, które się zgłaszają, przeszkolili m.in. grupę nauczycieli, którzy stanowią taki zespół pierwszej pomocy. Inna fundacja pracuje z dziećmi i ich najbliższymi na dziecięcym oddziale psychiatrycznym, który od lat remontuje chcąc zmienić jego oblicze z więziennego na bardziej ludzki. Wiecie, ile czasu zbierali 20 tys. na monitoring oddziału? Prawie rok, gdy ta sama kwota w ciągu tygodnia zasiliła konto fundacji pomagającej dzieciom onkologicznie chorym.
Jestem przerażona lekturą danych statystycznych, informacji wypełzających z Internetu o depresji i samobójstwach wśród młodzieży. Nie można chować głowy w piasek tłumacząc się tym, że dziennikarze nie powinni pisać o próbach „S”, bo to nasila kolejne. Jeżeli nic z tym nie zrobimy to za kilka lat będziemy mieli chore społeczeństwo. Nie wiem, jak psychiatrzy, którzy o tym wiedzą mogą spać spokojnie. Nikt nie bije na alarm?!
Anna
Mama 17 letniej Marty

Przeczytaj też